El. musica

 

Gdy niedawno serwis Spotify zapytał na Fejsie, który utwór ukierunkował wasze gusta muzyczne – z automatu wpisałem w komentarzu Koto „Jabdah”. To na pewno był ten jeden z kilku impulsów, choć jeszcze bardziej utkwiła mi prezentacja płyt Yello, w audycji Studio stereo – w radiowej Dwójce - których emisja trwała cały tydzień, każdego wieczora. Na pewno słuchałem tego na jakiejś starej radioli, odziedziczonej po starszej siostrze, ale przynajmniej było w stereo – gdy w ciszy radiowego szumu ciągnął się permanentnie 16kHz sygnał radiowego pilota! (qurwa te polskie inżyniery) Utwór „Vicious Games”, to było coś absolutnie zapadające w pamięć, mimo, iż nie do końca ogarniałem tą muzykę – niby mi się podobała, ale nie tak aby ją nagrywać na kasety?  To jednak te klimaty były podwaliną, dla moich dalszych preferencji muzycznych, co wyszło dopiero po latach. Wracając do holenderskiej grupy Koto i utworu „Jabdah” - usłyszałem go w 87mym. Szwagier kupił wtedy radiomagnetofon RMS Daria, i do tego kartonik 10ciu kaset TDK „D” 60, w górniczym sklepie i tak sukcesywnie te kasety nagrywał z radia. Wspomniany utwór zapewne został zarejestrowany z audycji Bogdana Fabiańskiego: Słuchajmy razem, i po prostu nagle się pojawił na tej kasecie jako coś, co natychmiast zwróciło moją uwagę! Elektronika, to było to, kosmiczne dźwięki, rytm, elektroniczny drajw – pasowało mi to i chciałem więcej. Oczywiście w latach 80tych nie było RDSu w radiu, Internetu w powietrzu, ani SoundHounda w telefonie! – NIE BYŁO jak i gdzie sprawdzić, dowiedzieć się co to jest za utwór, kto go wykonuje itd.


Słuchałem więc namiętnie „Dwójki” i wieczornych audycji z muzyką popularną – wychowałem się na Fabiańskim właśnie. Nastała wtedy era Italo disco, a najbardziej oczekiwaną dawkę takiej muzyki dostarczały kompilacje Italo Boot Mix vol. (tu numer) oraz emitowane wraz z nimi zbiory całych utworów – czyli The Best of…vol. (ten sam numer) I właśnie z tych radiowych emisji dowiedziałem się kto to gra taką elektronikę. Cały nurt nazywał się Space synth, ale właściwie dalsza twórczość ulubionych przedstawicieli tego nurtu: Koto oraz Laserdance,  była już klepana tak sobie, na jedno kopyto, zabrakło oryginalnych pomysłów na ciekawe elektroniczne zagrywki, refreny czy progresywność całości. Ostatnim ciekawym utworem była rozszerzona wersja „Dragons Legend”, by dopiero w latach 90tych usłyszeć niesztampowe „Champions Cue” Dlatego uwielbienie do Italo disco przeminęło samo z siebie, na początku lat 90tych. Nadeszło jakieś nowe z ameryki – typu Technotronik, Snap, ale to była dyskotekowa chujowizna dla mas (czyt. o zerowym pierwiastku „tego czegoś”) – wciąż więc poszukiwałem. Może nie pociągnę teraz o innych gustach z lat 90tych, jak prog-rock, w którym utonąłem na wiele lat, czy andergrandowe – psychodeliczne techno z satelitarnych stacji radiowych (skrajności a jak)… itp. Przelecimy dalej do sedna, jak >| skip w CD playerze ;) Np. twórczość JMJ znałem tak sobie, tzn. znałem, bo rozpoznawalne fragmenty jego utworów były wykorzystywane w programach edukacyjnych i popularnonaukowych w TVP lat 80tych i 90tych, podobnie Bilińskiego czy Komendarka.


W każdym razie przekonałem się, że twórczość Jarre’a może mieć „to coś” dla mnie, gdy kolega pożyczył mi kasetę z „The Concerts In China” (utwór Apregiator – zawsze ogromne wow!), kasetę sobie skopiowałem (na czerwoną BASFę LH E I) i często odtwarzałem, ale na dogłębne poznawanie twórczości JMJ (jak i wielu pionierów gatunku) przyjdzie dopiero czas w erze Spotify (sic!) Uwielbiałem Tangerine Dream, kupioną na targu w Wiśle kasetę „Force Majeure” słuchało się z niesamowitą uwagą i czułością, na wszelkie elektroniczne smaczki, a ostatnia suita, to po prostu magia i groza w jednym! W tamtych latach – erze niby-oryginalnych kaset na targach i w osiedlowych sklepach – poznawanie wykonawców było bardzo wyrywkowe. Element ciekawości nie zawsze bywał decydujący w wyborze, ocena treści po okładce, to był trochę śliski grunt – bo pieniędzy po zakupie nikt nie zwracał, ale czasem się strzelało i trafiało na niezły album, czasem wręcz przeciwnie. Jako przykład totalnego skurqwienia rynku tych pseudo-oryginalnych kaset, podam album Fisha „Songs from the mirror”, który był nagrany w MONO! Do dziś – przez ten fakt - nie przepadam za tym albumem ;)


Ale przeskakując już do współczesności, bo temat muzyczny jest bardzo wielowątkowy  – aktualnie, od wielu tygodni tkwię prawie wyłącznie w elektronice, katalizatorem, by bardziej się zagłębić, był niedawny koncert: Skrzek, Makowiecki, Bloom, Schroyder, w pobliskich Michałkowicach, które – jak wiadomo – są domem rodzinnym braci Skrzeków. To była pozycja obowiązkowa, gdy tylko usłyszałem dwa pierwsze nazwiska, bo przecież ich wspólne dokonania np. na albumie „Moizm”, to coś fantastycznego! I tak zacząłem zgłębiać ten temat elektroniki na dobre, od korzeni.
Teraz niech każdy uważa swoje, ale ja wam powiem, że serwisy streamingowe, to dla mnie absolutnie cudowny wynalazek i lek na wszystkie bolączki.


Ale jak to, przypomni mi się jakiś kawałek z dawnych lat i teraz mogę natychmiast do niego dotrzeć i go sobie odtworzyć? 
To naprawdę tak działa? 
Gdzie jest jakiś haczyk? 
I teraz najlepsze – nie ma haczyka – to naprawdę tak działa!

Dlatego wybaczcie, Ja tu zostaję, tu mam nieskończone bogactwo świata muzyki, wszystko, zależnie od humoru, zachcianki, czy wspomnienia sprzed lat, to mi pasuje i po stokroć, przekładam taki deal, nad obcowanie z „żywym” nośnikiem, książeczką, okładką itd.

A gdy skończy się dany album, dalej odtwarzane są świetne utwory – w podobnych klimatach. Jak to?
No właśnie, „radio utworu” otwiera bramy danego gatunku znacznie szerzej i głębiej.

Pomijam fakt różnej jakości tej muzyki ze Spotify, jako mobilna jest wystarczająca, natomiast dla stacjonarnego odsłuchu jest alternatywa konkurencji z bezstratną jakością HIFI, a nawet najnowszym formatem MQA oraz własna kolekcja płyt, też w bezstratnych plikach – wystarczy mi do końca życia i na wiele dni po! :)

Komentarze

  1. bardzo fajny post.
    mnie również w latach 80 udzieliła sie muzyka elektroniczna. zapoczątkowałem nieświadomie, w teleranku "Ucieczką z tropiku" Marka Bilińskiego. teledysk mnie urzekł, ponieważ przedstawiał świadome sterowanie katastrofami przez samego autora pod lecącą muzykę. fajnie to wtedy wyszło.

    później na osiedlu starsi koledzy zaczęli słuchać KOTO. kupowali kasety i namiętnie odtwarzali je w swoich wieżach stereo, koniecznie otwierając okna mieszkań na oścież.

    po KOTO przyszedł LASER DANCE. pierwszy raz puścił mi tę muzykę starszy kuzyn, górnik, który przytachał kasety chyba z kopalni od kolegów górników. na co dzień wymieniali się VHS, więc CC na pewno też. laser, tak jak piszesz, był strasznie przewidywalny. kolejne kasety zawierały tylko inne kompozycje melodii, ale syntezatory wciąż brzmiały tak samo. nie wiem, nie używali wtedy jeszcze samplerów?

    okazało się, że do muzyki elektronicznej można też śpiewać i tak wpadłem na Technotronic, notabene holenderski oraz Snap, niemiecki (też myślałem, że są z Ameryki, bo wszystko od nich było takie amerykańskie :)).

    w Niemczech powoli rozwijała się scena techno i wchodził Alex Christansen z U96, podobała mi się ta muzyka i to właśnie przez nią trafiłem na Scootera, który gra w moich słuchawkach do dziś.

    nie odnalazłem się jednak w muzyce elektronicznej, ponieważ równolegle zaczął do mnie przemawiać RAP i było to dogłębne i bezpośrednie. zwróciłem się ku rapowi i tak już zostało.

    nie mniej jednak, rap z elementami elektroniki bardzo mi się podoba i bardzo często go słucham. a jak wiadomo teraz bardzo popularny jest trap, więc tym bardziej jest moim częstym gościem na słuchawkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ucieczka z tropiku", to był najbardziej przeze mnie wyczekiwany teledysk w 10cio minutowej audycji Krzysztofa Szewczyka "Przeboje dwójki" - emitowanej zdaje się po dobranocce. To był powiew zachodu, te kadry katastrof, rozbijające się radiowozy - dziś wiem, że to w większości sceny z moich ulubionych Bondów, i tylko nie lubiłem tej sceny, na końcu, że jego też unicestwiono w tym teledysku :( A tu jak na złość ten cholerny Shakin Stevens "Cry just a little bit" był najczęściej - do zerzygania emitowany :/
      No kurde, ale się naciąłem, że to nie były amerykańskie zespoły?! :D Ale McHammer i Vanilla Ice byli ;)

      Usuń
  2. "Ucieczka z tropiku" po tylu latach ciągle się broni, łącznie z teledyskiem.
    Jeszcze była demo scena i twierdzenia "atari" do muzyki, "amiga" do grafiki ;-)

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty